Modlitwy
Lubuję uszko do ściany przyłożyć
Na tapet fałdy, szorstkości, zmarszczenia,
Oczy zatrzasnąć, słuchu wyostrzenia
W punkt jeden skondensowany nałożyć.
Drgania, stukoty rozmyte za murem
W jednorakie brzmienie klarowne, składam.
I gdy sens mieszaninie herców nadam,
Pędzą kolejne wiadomości sznurem:
„Przepychacz się zda, japa łgarstwem syta!”
„Skoroś knur, to żryjże świnio z koryta!”
„Wstrętne bachory, won mi z domu tego!”
„Podła macocho, krnąbrna, jadowita!”
„…i Ciebie ojcze, niechże szlag powita.”
„Przez tegoż Chrystusa, Pana naszego.”
Wieczory
Smugą marzenia okraszam fibry promyku,
Co kiełkują koliście obok szachów tarczy,
Koklusz rdzawawych żywic tak namiętnie warczy,
Że piszę... choć myśli miałem mieć na odwyku...
Na nieba posusze zagubione obłoki
Tęsknoty, a ja niżej, tak tutaj się czuje;
Wokół, pode mną zazdrość ogniwa pudruje,
Wiem, że wszystek pryśnie, będzie strach i powroty.
Acz zataczam kroki rytmem salsy płochliwym,
Trzask lodu, łyk, warga rozwarta, szum przemiły,
Roztargana synestezja wije kolory,
Momentalnie bywam młody, potem znów siwy,
Opity, boski, kapryśny, hardy, leniwy,
Tłusty Bachus pcha się pomiędzy strun wieczory.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz