sobota, 26 maja 2012

Matki

Z wszystkich dostępnych, namalowanych matek jakie poznałem, najbardziej mi się podoba ta Fouquet`a. Ze sprężystą, jędrną lewą piersią i z dzieciątkiem, które stara się nie zwracać uwagi na matkę. Owa madonna (w rzeczywistości Agnes Sorel), lekko zadufana, była kochanką króla Francji, Karola VII. Kochanką lub metresą, aby nie powiedzieć dziwką - wygląda na pewną siebie, wyrachowaną, umiejącą chwycić (niejednego) faceta za jaja. Wypina swoją kuszącą lewą (lewy - symbol zła, grzechu) pierś do dzieciątka Jezus, który, będąc w drobnej konfuzji, wskazuje palcem na  (z punktu obserwatora) lewo (może na lud, którego dewiacje seksualne są domeną). Gdy patrzę na tę scenę, uświetnioną tłem z "dwukolorowymi" aniołkami, fascynuje mnie cały przekaz, który nie zatarł się przez prawie VI wieków. Nie bez przyczyny, jak sądzę, Fouquet odział Maryję w "brudny", dosyć dopasowany strój, który kojarzy mi się wpierw z lateksem, gorsetem, a później to już tylko z pejczem, kneblem, klatką erekcyjną i innymi akcesoriami z działu BDSM. Światła jakimi biją po zmysłach cherubinki i serafini są też czysto burdelowe. Jesteśmy wszyscy różni, ale niektóre rzeczy nie zmieniają się przez stulecia, dlatego warto poznawać sztukę. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz